Na Uniwersytecie Warszawskim powstało nowe czasopismo naukowe „Bioarchaeology of the Near East”. Według autora inicjatywy dr. Arkadiusza Sołtysiaka z Instytutu Archeologii UW, pismo ma łączyć archeologów, antropologów fizycznych i paleoekologów zajmujących się pradziejowymi i historycznymi społecznościami zamieszkującymi Bliski Wschód.
Przeszkodą w komunikacji między naukowcami prowadzącymi badania na Bliskim Wschodzie i w organizowaniu szerzej zakrojonych projektów był do tej pory brak wspólnej platformy wymiany informacji. Nowe czasopismo ma wypełnić tę lukę.
- Od ponad 150 lat z setek stanowisk archeologicznych w tym rejonie wydobyto tysiące lub nawet dziesiątki tysięcy ludzkich szkieletów, ale tylko nieliczne zostały przebadane, a wyniki tych badań opublikowane – wyjaśnia Sołtysiak, pełniący również funkcję redaktora naczelnego „Bioarchaeology of the Near East”.
Periodyk jest dostępny za darmo dla wszystkich użytkowników Internetu pod adresem http://www.anthropology.uw.edu.pl/ jak również w wersji drukowanej. Rocznie będzie się ukazywać jeden tom. W skład komitetu redakcyjnego czasopisma wchodzą naukowcy z wielu zagranicznych instytucji – ze Stanów Zjednoczonych, Włoch, Anglii, Niemiec, Australii i Izraela.
Więcej w Nauce w Polsce.


Szkoda, ze nie ma wersji w ojczystym języku :(
Ale pozostaje miec nadzieje, ze na niniejszym blogu beda sie pojawiac tlumaczenia/streszczenia co „pikantniejszych” fragmentow ;)
Z dawnej nauki angielskiego pamiętam, że wprawdzie po naszemu to bliski wschód, ale w krajach anglosaskich to jest Middle East czyli środkowy wschód?
Bliski Wschód to Middle East we współczesnej politologii i dziennikarstwie. W archeologii i historii używa się terminu Near East. Ot takie dziwactwo anglosasów.
Czy to jest czasopismo, czy wydawnictwo ciągłe?
Bo czasopismo ma chyba określone parametry. Stałą objętość, regularność, liczbę prac i stałe działy itp. Ale właściwie to mało ważne dla czytelnika.
A drugie pytanie: gdzie publikowali badacze ze świata dotychczas opracowania?
A trzecie: kto to będzie finansował? Ma być darmowe?
Odpowiedź może być interesująca dla wielu archeologów i antropologów, którzy maja kłopoty z publikowaniem, z powodu braku środków.
Na koniec: powodzenia!
Ja trzymam kciuki za ten projekt :)
Jakakolwiek inicjatywa jest lepsza (nawet ta najmniej nakładowa) niż żadna. A w sieci można się utrzymać z reklam itp. ofert.
Pozdrawiam
@Wojciech Pastuszka
Dziękuję za reklamę!
@Krzysztofsf
Mogę obiecać, że jeśli będzie coś ciekawego, to znam dać naszemu Gospodarzowi. Proszę jednak nie oczekiwać zbyt wiele.
@shr, @Wojciech Pastuszka
Ja też się zastanawiałem nad różnicą między „Near East” i „Middle East”. Kiedyś w Tell Brak zapytałem o to przy kolacji i z trzygodzinnej dyskusji między Amerykanami, Anglikami i Szkotami wynikło tylko tyle, że te terminy znaczą mniej więcej to samo, ale na pewno Azja Mniejsza nie może być nazwana Środkowym Wschodem ;) Zresztą poświęciłem temu problemowi cały akapit we wstępniaku i zaproponowałem, żeby „Bliski Wschód” w tytule rozumieć jako największy zasięg państwa Achemenidów.
@PAJ
1. To jest czasopismo, docelowa objętość 5-7 artykułów (120-150 stron), ukazuje się co rok (na razie z poślizgiem, ale będziemy go stopniowo zmniejszać).
2. Badacze ze świata dotychczas opracowania publikowali w różnych miejscach. Na przykład Schultz i Kunter bardzo ciekawy artykuł o szkieletach z cmentarza królowych w Kalchu (Asyria), w którym napisali, że jedna z królowych została upieczona po śmierci, opublikowali w „Jahrbuch des Römisch-Germanischen Zentralmuseums Mainz”. Nikt jednak nie przebije kolegów z Barcelony, którzy tekst o Tell Halula, bardzo ważnym neolitycznym stanowisku, opublikowali w „Cota Zero”, czasopiśmie katalońskich nacjonalistów. Po katalońsku oczywiście.
3. Tak, czasopismo jest wydawane w formule Open Access i wersja elektroniczna będzie zawsze dostępna za darmo. Jeśli ktoś jest bibliofilem i chce koniecznie kupić wersję papierową, jest to też możliwe, ale wątpię, żeby kolejka była długa.
Wbrew pozorom wydawanie czasopisma nie jest drogie: serwer daje uniwersytet, ja sam zajmuję się pracami technicznymi, wydawniczymi i wyglądem strony, druk cyfrowy jest coraz tańszy. To jasne, że przy większym budżecie można wszystko robić profesjonalniej, ale mały budżet nie jest przeszkodą.
@glaude
Dzięki! Na szczęście nie musimy się utrzymywać z reklam (zresztą co moglibyśmy reklamować?).
Np. na prawym lub lewym (wąskim) marginesie monitora jakieś czasopisma popularnonaukowe, kanały TV o tematyce historycznej itp. Nie miałem na myśli KAŻDEJ reklamy. Taka jak ta napisana przeze mnie powyżej byłaby i na temat i w dobrym guście. Jeśli natomiast fundusze macie, to istotnie można się bez reklamy obejść.
Z jednej strony bardzo dobry pomysł, ale co z tego będą mieli Polacy akurat nie znający angielskiego? może należałoby jednak dodawać streszczenia, trochę obszerniejsze od zwyczajowych abstraktów?
Ale osobiście interesuje mnie tytułowe słowo ‘Bioarchaeology’ co to właściwie oznacza, brzmi to jak nazwa nauki – więc także jako biolog chciałbym wiedzieć jaki jest jej przedmiot, i granice w stosunku do nauk wyjściowych archeologii i biologii. Proszę o wyjaśnienie.
Co do streszczeń, to liczę na Wojtka. Myślę, ze co świeższe kąski będzie nam podawał na blogu :)
Skąd to przyzwyczajenie, żeby krajowe artykuły nazywać po amerykańsku, tylko po to, by Amerykanie wiedzieli, co czytają. Niech w końcu coś poczną ze swoją znajomością języków obcych, a nie tylko co najwyżej hiszpańskiego się pouczą. A do wszystkiego się dokłada to, że nie potrafią usystematyzować nazwy historyczne dla Bliskiego Wschodu, świadcząc o ich nieprzykładaniu się do nauki. Sami nie wysilają się, żeby coś wiedzieć o świecie, a zapytać niejednego o to, gdzie Europa leży, to się pytają: Czy to nie jest przypadkiem stan? Było tak w przypadku Gruzji, która powalczyła z Rosją. Wielu Amerykanów myślało, że napadli „Georgię”. Cyrk na drucie!
@Cyprian Vaxo, @jakiś tam maciek
„Bioarchaeology of the Near East” to jest czasopismo specjalistyczne i publikujemy artykuły w języku, którym posługują się specjaliści niezależnie od pochodzenia. Wśród autorów tekstów opublikowanych w pierwszym tomie jest czterech Katalończyków, trzech Amerykanów, dwie Włoszki i po jednym autorze z Kanady, Polski i Wielkiej Brytanii. Czy to znaczy, że powinniśmy publikować też streszczenia po katalońsku i po włosku?
@Cyprian Vaxo
Termin „bioarcheologia” jest nieco inaczej rozumiany w Stanach Zjednoczonych, a nieco inaczej w Europie. W Stanach znaczy tyle, co „badania kości i zębów ludzkich pochodzących z wykopalisk archeologicznych” (i takiej definicji używa CS Larsen w swoim podręczniku „Bioarchaeology”), w Europie bioarchaeologia jest rozumiana szerzej jako „badania pozostałości organizmów żywych pochodzących z wykopalisk archeologicznych” i dzieli się na osteologię człowieka, osteologię zwierząt (archeozoologię) oraz paleobotanikę (wraz z palinologią). Niektórzy dorzucają do tego archeomalakologię, archeoentomologię, archeoparazytologię itp.
W „Bioarchaeology of the Near East” akceptujemy obie definicje, choć jesteśmy bardziej nastawieni na publikowanie artykułów o szczątkach ludzkich.
Katalonka, Włoszka, a reszta anglojęzyczni, czyli czasopismo jest ogólnie anglosaskie, a nie międzynarodowe. Po prostu jest moda, by wszystko wydawać po angielsku, bo wtedy ludzie będą czytać. Żeby chociaż ten język jakościowo zasłużył na bycie międzynarodowym, a w nim nawet terminy naukowe rozumieją inaczej i są tym samym nieuporządkowane. Zawsze trzeba się domyślać, czy tu chodzi o te znaczenie, czy o tamte. Takie zjawisko jest często spotykane w językach prymitywnych plemion, gdzie język ma około 1000 słów. Esperanto, jako dobry przykład, jest językiem syntetycznym, logicznym, ludzie umieją nim mówić już po kilku miesiącach, a nie stał się międzynarodowy, bo nie chciało się go Amerykanom uczyć i cały projekt Zamenhoffa upadł. Liczba mówiących po hiszpańsku w Stanach się zwiększa i już Amerykanie się sprzeciwiają, że ich język upada. Ogólne moje bulwersacje są stąd, że cała nauka, jaką my mamy w kraju musi być łatwa w odbiorze dla Amerykanów, a nie dla mieszkańców rodzimego kraju. Innym tak się nie odwdzięczają. A tym bardziej, że drażni mnie ich megalomania. Wszystko, co u nich jest najlepsze automatycznie staje się najlepsze na świecie. W szkołach nie uczą ich niczego nadzwyczajnego, a studia kończą za opłatą, i to w każdym wypadku dostaną papier, bo i tak kasa wpłynęła do uniwersytetu. Mają przez to pieniądze na badania, które przeprowadzają Azjaci, Europejczycy (szczególnie z naszych stron) i inne biedniejsze kraje, którym Ameryka to synonim wolności. Uniwersytety wydają przez to wielu noblistów i uważają się za najlepsze na świecie. A tak naprawdę mają najlepsze wyposażenie. Do nikogo nie apeluję, ale to czasopismo przez sam tytuł negatywnie odebrałem. Co jeszcze. Szkoły amerykańskie (nie wyższe, tylko podstawówki) nie uczą historii swojego kraju przed kolonizacją, o Indianach nie wspominają. Materiał nie obejmuje też historii Europy tak, jak u nas, nie uczą się o kolonizacjach Ameryki Południowej i Afryki. Wątpię, by było coś o Chinach, Indiach i o Arabach. Zainteresowania Amerykanów wyszły z nauki w podstawówkach, gdzie mieli do czynienia co najwyżej z Rzymem, Grecją i Bliskim Wschodem, więc każdy Amerykanin wie, co to jest i na pewno sięgnie po Wasze naukowe czasopismo. Wszystko widać na przykładzie programów nadawanych na National Geographic, kręconych głównie przez Amerykanów, które, jeśli są historyczne, dotyczą starożytnej Grecji, Rzymu i Bliskiego Wschodu, włącznie z Egiptem. Od samego pójścia do szkoły wpajane są im schematy, umacniane przez programy telewizyjne, jak np. na NG. Tak samo jest u nich z przyrodą. Robią program o starożytnej Grecji, a nie zrobią programu o jej przyrodzie. Nadają tylko o Serengeti, Amazonii, Indiach, wężach, krokodylach, małpach, lwach, a nic z przyrody Apallachów, Wielkich Jezior i Missisipi. W ogóle nawet nie myślą, że może istnieć coś takiego, jak program o przyrodzie, którą mają 30 km od domu. Dlatego jeśli Wasz uniwerek będzie chciał wydawać czasopismo paleobotaniczne, zoologiczne i inne tego typu o przyrodzie, to radzę Wam lepiej robić artykuły o Afryce, Indiach i zwierzętach egzotycznych, bo w Stanach są to od dawna utarte wyobrażenia świata przyrody i każdy numerek będzie się dobrze sprzedawał. Oczywiście to ironia. Reprezentujecie naukę, chcecie tu na siłę wprowadzać amerykańskojęzyczne artykuły, a jakoś w Polsce nie zauważyłem lekkiego życia, jakie mają w Ameryce. Jak już wszystko przejmować, to standardy życia też. Celowo wszystko sprowadzam do amerykańskości, bo nie da rady nazwać tego brytyjskością, czy kandyjskością, które już nawet nie mają siły przebicia wobec mody na Amerykę. Arkadiuszu Sołtysiaku, nie chcę cyklicznie i permanentnie odpisywać na temat mojego sprzeciwu, co do tytułu, ale jeżeli czasopismo naukowe ma być dla ludzi, to niech też będzie polski tytuł i polskie treści.
@ red. A. Sołtysiak – dziękuję za odpowiedź, mam jednak dwie uwagi.
Sprawa języka – rozumiem, że oczywiście chodzi tu głównie o listę filadelfijską, i związane z nią profity. A trzeba jednak pamiętać – dotacja jest płacona a naszych, polskich podatków. Więc domaganie się streszczeń w języku polskim jest uzasadnione. Zgadzam się z j.t.Maćkiem, że język angielski jest mało precyzyjny – jeśli mam tekst niemiecki, francuski czy rosyjski – to dokładnie wiem o co chodzi w każdym zdaniu, a w tekście angielskim – zbyt wiele zależy od kontekstu. Ot choćby rozumienie terminu Bliski Wschód, czy bioarcheologia z odpowiedzi pana redaktora. Skoro Polska płaci za pismo – to wymóg streszczenia po polsku jest jak najbardziej uzasadniony.
A jeśli już o tej nauce piszę – to podaję takie moje rozważania:
Archeolog znalazł kawałek poroża renifera – no to badanie przedmiotu należy do bioarcheologii. Ale to poroże było w nasadzie obcięte i ukształtowane jako kopaczka – zatem już przedmiot należy do technoarcheologii. A po dokładniejszym obejrzeniu – u nasady zauważono wyryte głowy koni – no to już sztuka paleolityczna! Aha – po drugiej stronie jeszcze znaleziono cylindryczne wgłębienie 2 x 2,5 cm, a to mógł być miotacz oszczepów, albo laska szamana wiec sprawa jeszcze innej archeologii ;)). Czyli, poważniej mówiąc – nie widzę odrębności bioarcheologii od … no właśnie od archeologii. Oczywiście – różni biolodzy mogą zajmować się poszczególnymi zagadnieniami archeologicznymi, ale pozostają oni wyspecjalizowanymi biologami, a archeologia – nadal powinna pozostać archeologią.
@Cyprian Vaxo i jakiś tam Maciek
Przesadzacie z tą rzekomą prymitywnością angielskiego (i to mocno). Prawda jest taka, że w każdym języku są terminy wieloznaczne, nic dziwnego, że w angielskim też.
Ja osobiście nie mam najmniejszych problemów z rozumieniem tekstów po angielsku – za to miewam czasami z niemieckim, ze wzgledu na konstrukcje zdaniowe, ktore czasami bywają po prostu monstrualne.
Tak na marginesie: znam Anglików, którym polski się wydaje potwornie nieprecyzyjny, m.in. ze wzgledu na brak rodzajników the/a (przez co są skazani na wnioskowanie pewnych rzeczy z kontekstu).
Co do wprowadzania na siłę amerykańskojęzycznych tekstów – w każdej epoce jest jakiś język dominujący w komunikacji międzynarodowej, także w nauce, kiedyś była to łacina, potem francuski, teraz angielski. Ja rozumiem, że można nie lubić Jankesów, ale rzeczywistość jest jaka jest. Zresztą nie będzie to pierwsze polskie czasopismo naukowe publikowane po angielsku.
witam wszystkich – w przelocie.
@jakis tam maciek
jeśli nie chce Ci się „cyklicznie odpisywać na sprzeciwy” to nie wygłaszaj pewnych poglądów. Bowiem wolność słowa i wypowiedzi jest NIEODWOŁALNIE związana z koniecznością liczenia się, że każdy wypowiedziany pogląd znajdzie od razu oponenta. Kto wygłasza poglądy, musi liczyć się z koniecznością wysłuchiwania polemik, a kto swoje poglądy traktuje poważnie – musi liczyć się z koniecznością ich aktywnej obrony. BTW, nie wiem dlaczego jesteś tak wrażliwy na zwalczanie swoich fobii, skoro wszędzie ją manifestujesz…
opowiadanie o tym, że źle jest wydawać polskie czasopisma po angielsku, może wyjść tylko z ust kogoś, kto nauki nie uprawia i nie zna jej realiów. Celem publikacji naukowej nie jest umacnianie polskości, obrona różnorodności kulturowej i inne, równie szlachetne (mówię to bez ironii) zadania. Celem publikacji naukowej jest dotarcie z ważną informacją do jak największej liczby zainteresowanych osób na świecie. Zainteresowani specjalistyczną publikacją są specjaliści z danej dziedziny – pracujący w Iranie, Malezji, USA, Hiszpanii, Polsce, RPA, Chinach, Mongolii, Rosji i Kirgistanie. A temu służy zastosowanie takiego języka, jaki zna maksymalna liczba potencjalnych odbiorców. Tym językiem wśród naukowców jest język angielski. Bo choć mówią oni w farsi, po azersku i kurdyjsku, malajsku, angielsku i w języku Czirokezów, hiszpańsku, baskijsku i katalońsku, polsku i kaszubsku, afrikaans i xhosa, chińsku, tybetańsku i ujgursku, mongolsku, rosyjsku i tatarsku, wreszcie kirgisku – znają, z powodów zawodowych, angielski. To że akurat językiem takim został angielski, jest efektem pewnych procesów historycznych (jak wcześniej powszechność francuskiego) i naukowcy nie będą trwonić czasu na zmienianie status quo. Korzystają z najwygodniejszego narzędzia, a narzędziem tym jest angielski, który znają i którym umieją się (lepiej lub gorzej) posługiwać. Od utrzymania narodowej kultury jest poezja, gazety, teatr, podręczniki w szkole podstawowej, telewizja, radio, szeroko pojęte media. Nie jest od tego nauka. Prestiż kraju w nauce przejawia się tym, że 1) dokonywanych jest jak najwięcej doniosłych, ważnych odkryć, znanych i cytowanych na całym świecie, 2) publikowanych jest jak najwięcej artykułów i książek na temat tych odkryć, których autorami są badacze afiliowani w instytutach i uczelniach tego kraju, 3) wydawanych jest w tym kraju jak najwięcej MIĘDZYNARODOWYCH (tj. znanych, czytanych i cytowanych na całym świecie) czasopism z wysokimi wskaźnikami cytowalności. Do osiągnięcia tych celów konieczny jest znany przez maksymalną liczbę odbiorców język. A jest nim angielski. To wygodne i pozwala zaangażować całą energię w badania, nie w kultywowanie tożsamości etnicznej, której służą inne gałęzie ludzkiej działalności. A że akurat angielski – tak się zrobiło i nie ma co marnować energii na zmianę tego stanu, bo w nauce chodzi o to CO odkryli, JAK zbadali i CO piszą, a nie W JAKIM JĘZYKU.
kto nie zna angielskiego (w przeszłości francuskiego lub łaciny) nie poradzi sobie w nauce wychodzącej poza akspekt lokalny. A czasopismo naukowe nie musi spełniać żadnej roli popularyzacyjnej. Od tego są źródła popularne – „Archeowieści”, „Świat Nauki”, „Wiedza i Życie”. Jak łatwo zauwazyć, są one wydawane PO POLSKU, nawet „Scientific American” jest w każdym kraju wydawany w języku LOKALNYM (i ma lokalny tytuł). Czasopismo naukowe NIE MUSI, no bo po co? To byłoby marnotrastwo środków. Wszyscy którzy na poważnie do niego sięgną, i tak znają angielski.
@cyprian vaxo
Lista Filadelfijska to nie profity, ale kierowanie ważnej informacji tam, gdzie zostanie ona dostrzeżona i się komukolwiek przyda. Kto dysponuje ważną dla innych informacją a nie udostępnia jej całemu światu, popełnia naukową zbrodnię. To podstawowy obowiązek naukowca. Rzeczy lokalne publikuje się po polsku w lokalnych polskojęzycznych żurnalach dlatego, że nikogo innego poza Polakami nie zainteresują. A i tak daje się angielskie streszczenia, bo gdyby jednak jakims cudem ktoś potrzebował (1 na 10 000) to chociaż do wie się z grubsza o czym to jest i zamówi tłumaczenie. Jak artykuł ma zainteresować 100 000 badaczy na całym świecie (bo temat pracy jest mocno ponadlokalny) to logiczne, że publikuje się go w czasopiśmie o zasięgu międzynarodowym. A taki zasięg mają czasopisma indeksowane na LF, które są publikwoane po angielsku. Takie czasopisma wydaje się w Polsce, USA, Wielkiej Brytanii, Chinach, Japonii, Francji, Niemczech, Szwecji, Brazylii – ale ich językiem jest angielski. Bo tak wyszło dawno temu i nikt tego nie będzie zmieniał, bo przebudowa systemu kosztowałaby wręcz zahamowaniem obiegu informacji i rozwoju nauki.
streszczenia polskie pod angielskimi artykułami mogą być (czemu nie?), ale muszą być wykonywane na koszt redakcji. W żurnalach francuskich i kanadyjskich (no dobra, jednym ;-) w którym miałem przyjemność zamieścić swoje wypociny, są istotnie francuskie streszczenia. W niektórych żurnalach niemieckich do których coś nabazgrałem – niemieckie streszczenia. Mają one tę wspólną cechę, że są wykonywane przez redakcję (na własny koszt, nie autora!), na podstawie angielskiego abstraktu. A tekst oczywiście jest po angielsku, bo inaczej nikt tego by nie przeczytał, a już na pewno nie mieliby do tego dostępu Polacy, którzy np. francuskiego praktycznie nie znają. Angielski zaś znają wszyscy badacze, no może poza reliktami pradziejowymi. Tu chodzi o DOSTĘP do informacji i OBIEG informacji, nie zaś o tożsamość. Nauka nie ma ojczyzny.
reasumując – naukowcy chcą badać i opisywać budowę atomu, nowe gatunki mrówek, leki na raka i sposoby na zwiększenie przepustowości łączy internetowych, rozmieszczenie gatunków storczyków, gwiazdy supernowe, konstrukcję piramid i historię Starego Państwa, pochodzenie dinozaurów, rytuały neolitycznych mieszkańców Europy i Chin, zmiany klimatu na Antarktydzie, syntezę taksolu i efedryny, skład gazu międzygwiazdowego i transgeniczną soję, rękopisy znad Morza Martwego. Żeby to robić, mają niezbędne narzędzia – laboratoria, internet i język angielski. Kraj daje kasę, otrzymuje w zamian rosnący prestiż cywilizacyjny, a często i wzrost gospodarczy. Naukowcy nie są zainteresowani wykorzystywaniem swojego zawodu do „kultywowania tożsamości narodowej”, bo od tego mają w domu tomik Mickiewicza, wywieszają flagę na 11 listopada, mówią po polsku, zaś na święta jedzą karpia i śpiewają „Bóg się rodzi…”
zrozumcie poza tym, że czasopismo naukowe (specjalistyczne) i czasopismo popularnonaukowe to dwie różne rzeczy.
Eptesicusie, celowo nie używałem słowa „Polska”, żeby nie robić z postu tekstu wskrzeszającego poczucie jedności narodowej. Ale ludzie już tak mają, że lecą na domysłach. Chodziło mi o to, że Amerykanie nie muszą uczyć się języków obcych, nie będą ich uważać za niewykształconych, ale jeśli jakiś nieamerykański naukowiec nie znał kiedyś angielskiego, co dzisiaj według Ciebie oczywiście już się nie zdarza, uważany był za człowieka nieświatowego. Nie dość, że mają lekko w swoim kraju, to jeszcze i wszędzie indziej na świecie. Nawet Amerykanin, kiedy wyjedzie za granicę, domaga się, żeby do niego zwracano się po angielsku, BO JAK TO TAK?! Taka jest mentalność amerykańska. Tłumaczenie tekstu z jednego języka na drugi nie jest wcale największym problemem i już od dawna ludzie potrafili sobie z tym poradzić. Nie wynikało to z przywiązania do własnej tradycji językowej, tylko z tego, że ogromnym problemem jest upowszechnienie na amen jednego języka, dając przy okazji swobodę tym, którzy już od urodzenia nim się posługiwali. Angielski przydaje się każdemu naukowcowi, bo zawsze planuje odwiedzić Amerykę i dosyć często osiągnąć tam sukces. Dziwną postawę przyjąłeś, twardo odpierając moje słowa i wmawiając różne fobie. Sam po angielsku musisz pisać nieraz w Polsce, by ktoś z zewnątrz zwrócił uwagę na twoje artykuły, niezależnie od jakości i tematu. I zostaw te słowa „ojczyzna”, „Polska”, „kultura narodowa”, „Mickiewicz”, bo nie to miałem na myśli. Denerwują mnie przypadki, gdzie jakiś Amerykanin ma nazwisko zakończone na -ski, osiąga sukcesy i już w Polsce zachwyt, jaka to w świecie jest polska nauka. Sam często nie przyznając się do kraju. Tu ukazuje się polska mentalność. To dlaczego tak chętnie zrzynamy u siebie wszystko z Zachodu i patrzymy na siebie z negatywnej strony, że na Zachodzie jest wszystko tak a tak rozwinięte, a w Polsce dopiero będzie za 20 lat. A angielski to nie tylko język nauki, często bywa językiem Polaków, którzy już nie potrafią powiedzieć „piłka nożna”, czy „tuning” tylko „football” i „tiuning”, żeby było poprawnie, bojąc się popełnić błąd fonetyczny i ortograficzny. Łatwo przejmują modę prezenterów telewizyjnych i dziennikarzy sportowych. Mickiewicz, może patriota, ale w Polsce bywał rzadko, bo jak bieda przycisnęła to chrzanił swój epopejowy „kraj lat dziecinnych” i spłynął na Zachód. Do niego już o to pretensji nie mam.
>>Sam po angielsku musisz pisać nieraz w Polsce, by ktoś z zewnątrz zwrócił uwagę na twoje artykuły, niezależnie od jakości i tematu.
ale dotyczy to nie tylko mnie, ale również Niemca, Francuza, Mongoła, Fina itp.; co więcej cieszę się, że tak jest, bo w przeciwnym razie byłoby dla mnie bardzo niewygodne wydawanie kupy kasy na tłumaczenie publikacji po niemiecku (tego się przynajmniej uczyłem, to coś rozumiem jako tako), francusku, mongolsku i fińsku (to ostatnie pewnie najdroższe). A tak wszystko jest po angielsku, lekką ręką sobie ściągam i czytam, jak po naszemu. Ważne, żeby w nauce (która – jak powtarzam – nie ma ojczyzny) był jeden podstawowy język – to dla wygody wszystkich! A że jeden etnos korzysta z tego bardziej – trudno. Ewentualnie można się wygłupiać, jak Francuzi jeszcze niedawno potrafili, wygłaszając na międzynarodowej konferencji referat po francusku ;-))) Jak ktoś lubi mówić do ściany, niech mówi.
Poza tym myślę, że przeceniasz rolę amerykańskich żurnali. Są one z pewnością w czołówce, ale dużo ważnych, jeśli nie ważniejszych czasopism drukuje się w Europie. I Amerykanie publikują w europejskich czasopismach. W końcu „Nature” jest z Wielkiej Brytanii, nie z USA, podobnie „Antiquity”. Z bardziej niszowych – najważniejsze na świecie czasopismo o chiropterologii (biologii nietoperzy) wydawane jest w Polsce, to „Acta Chiropterologica” (wydawca: Muzeum i Instytut Zoologii PAN). Publikują tam wszyscy – masa Amerykanów, Brytoli, Chińczyków etc. etc.; trzeba też pamiętać, że rada redakcyjna takiego czasopisma jest zawsze bardzo międzynarodowa. A nikt nie chce utrudniać życia sobie i innym przez ostentacyjne pisanie po polsku czy baskijsku („niech sobie tłumacza znajdą”), skoro każdy zna język, znany przez całą społeczność badaczy. Wygoda, wygoda – dla nas, dla nich, dla wszystkich. Nie bójcie się, swojego języka nikt w gębie nie zapomni.
>>Angielski przydaje się każdemu naukowcowi, bo zawsze planuje odwiedzić Amerykę i dosyć często osiągnąć tam sukces
nie, wcale nie. Potrzebny jest dlatego, że w tym języku jest większość literatury i w tym języku samemu się nowe publikacje pisze. No i w tym języku najłatwiej nawiązywać kontakty zawodowe, skoro najwięcej naukowców (niezależnie od kraju pochodzenia) zna właśnie ten język. Tak samo jak nazwy systematyczne zwierząt i roślin są łacińskie lub przynajmniej latynizowane – i nikt się nie burzy, że to nie po czerkiesku czy retoromańsku. Nawet w Chinach zoolodzy muszą używać łacińskich nazw, co daje komiczne efekty, jeśli jest to lokalne czasopismo wydawane po chińsku. Gęste szeregi „krzaczków”, a tu nagle w środku akapitu europejska czcionka i łacińska nazwa. Widziałem w „Acta Zoologica Sinica”, cyrk na kółkach. Gdyby to Chińczycy mieli Linneusza (Lin-Eu-tsy ;-), my byśmy musieli pewnie te krzaczki wstawiać.
Sprawę bioarcheologii wydaje się wyjaśniona, osobiście podejście amerykańskie uważam za bardziej uzasadnione, jak wykazałem pisząc o hipotetycznym dziurkowanym i rzeźbionym kawałku poroża. Ale – interesuje mnie jednak kwestia czasu – szczątki ludzkie to archeologia, a szczątki form przedludzkich? a australopiteki? a przodkowie małp? czy to jeszcze archeologia czy już paleontologia?
@ ibn_stahu
nie pisałem o prymitywności, ale o wieloznaczności języka angielskiego. Od 1960 r. pracowałem naukowo, głównie jako systematyk, i korzystałem z prac w najróżniejszych językach, więc mam pewne porównanie. Dla systematyka wszystkie prace zawierające dane o kolejnych gatunkach, wydane po 1758 r. są równie ważne. Pracując tu, w Europie Środkowej – korzystałem przede wszystkim z prac niemieckich, rzadziej francuskich, a także wydanych w innych, okolicznych językach. Oczywiście trafiały się i prace angielskie oraz amerykańskie, ale raczej rzadko. Stąd i żadna znajomość języków angielskich.
@ Eptesicusie
kontynuując powyższe wywody – dodaję, że fakty o których piszesz są mi praktycznie znane, ale i tak uważam, że artykuł naukowy zamieszczony w polskim piśmie, napisany w jakimkolwiek obcym języku, powinien mieć DWA tytuły i abstrakty – jeden angielski, a drugi jednak polski. I dobrze by było, gdyby ten drugi był o jedno – dwa zdania obszerniejszy… Ważne jest przy tym zainteresowanie młodych ludzi, jeszcze słabo znających ten angielski-naukowy, gdy taki człowiek chwyci temat – to już wie co ma robić, gdzie szukać dalej.
Rozróżniając artykuł popularno-naukowy od naukowego, niekiedy napotykałem między nimi istotne różnice, akurat w interesujących mnie kwestiach.
Piszesz Lista Filadelfijska to nie profity, tymczasem jest to podstawa do oceny dorobku naukowego.
A co do kontaktów zawodowych w języku angielskim – sytuacje bywają kuriozalne, bo co człowiek – to wymowa. Nie mówię już o wystąpieniu bułgarskiego profesora na zjeździe w Olsztynie – gdyby nie streszczenie referatu – nikt w sekcji nie wiedziałby o czym ten miły pan mówił w języku uważanym przez niego za angielski, dopiero po sesji, gdy przeszedł na rosyjski okazało się że ma naprawde wiele do powiedzenia. Albo taki Anglik, porównujący na zebraniu Katedr wrażliwość na jony kopeł i ajłon u hajda oraz dendłocils (Cu, Fe, Hydra i Dendrocoelum), był bardzo zdziwiony że my klasycznej łaciny nie rozumiemy. Pozdrawiam.
@ ibn_stahu
na poparcie mojego zdania informuję, że istnieje Kodeks Nomenklatury Zoologicznej, podstawowy przepis jak tworzyć i co ważniejsze użytkować nazwy naukowe gatunków i innych jednostek. Ten kodeks wyprowadzono pierwotnie z łacińskich aforyzmów Linneusza, w 1905 r. zestawił go Anglik Strickland, ale okazało się to niewystarczające i później Komisja Zoologiczna Towarzystwa Linneuszowskiego ułożyła obowiązujący do dziś Kodeks, ale w dwu językach, angielskim i francuskim, aby był tak precyzyjny, jak to tylko możliwe. Oficjalnie tego nie powiedziano – po prostu nie było to możliwe wyłącznie przy użyciu angielskiego, dopiero przekład na francuski to umożliwił. Pzdr.
Już mi się to wbiło do głowy, że nauka nie ma ojczyzny. Spójrzmy na to, że jednak zachodnie uniwersytety są bardziej znaczące w świecie od azjatyckich, czy choćby południowoamerykańskich, żeby nie drążyć cały czas o naszym kraju. Zapominałem zaznaczyć, że tak samo w Polsce powinny być wersje artykułów popularnonaukowych dla mówiących po polsku, jak i w innych krajach, choćby w Czechach, czy na Węgrzech. W zasadzie angielski stał się międzynarodowy, bo, uwierzcie, łatwiej się uczyć języka, w którym słownictwo naukowe pochodzi z łacińskiego, niż takiego np. norweskiego, który również jest germański, ale nie ma tak zniszczonego „charakteru” przez zapożyczanie słów wraz z modą. Chińczyków jest najwięcej, mieli osiągnięcia w naukach, które my przełożyliśmy na nasz, bo nie chciało się męczyć z krzaczkami, i nie ma tu reguły co do liczby użytkowników, tylko powiązanie z wcześniejszym międzynarodowym językiem (ale to na marginesie). Francuzi na pewno mieli odbiorców i nie uwerzę, że nikt tego naukowca nie słuchał, bo nie przemawiał po angielsku. Nie muszą też się bać o swój język, bo 1000 lat temu to Anglicy zrzynali najprostsze dotyczące życia codziennego słowa. Jak kłócili się w Davos premier Turcji Recep Erdogan i Szymon Peres, zauważyłem, że Żyd mówił po angielsku, a Turek po swojemu. Słuchali obu, bo są osoby tłumaczący na bieżąco. A co do przedimków, o których wspomniał ibn_stahu, to są również i w języku polskim, tylko w formie zaimków wskazujących „ten, ta, to”, np. „Chodzę do szkoły. Szkoła TA jest fajna”. I masz swój przedimek. Anglicy po prostu nie wyłapują istotnego znaczenia tego słowa, które w sumie stoi w odwrotnej kolejności niż w angielskim.
@Cyprian Vaxo
Przepraszam, za tę „prymitywność”, ale wyszedł Ci z j.t.Maćkiem bardzo zgodny dwugłos, do którego ustosunkowałem się hurtowo, z rozpędu niejako. Co do Kodeksu nomenklatury natomiast – a czy jesteś przekonany, że gdyby pierwotnie zestawiono go po francusku nie okazałoby się konieczne przygotowanie wersji innojęzycznej (nie wiem, powiedzmy niemieckiej) dla zapewnienia większej precyzji? Mam wrażenie, że pewna doza nieprecyzyjności cechuje wszystkie języki naturalne.
@j.t.Maciek
Jeśli na podstawie sytuacji 1000 lat temu (której wizję masz zresztą nie całkiem prawdziwą) wnioskujesz o sytuacji teraz to jestem pod dużym wrażeniem.
Mam jednak dwa pytania. Jak często używasz wyrażeń typu „szkoła ta”, „pies ten”, „chwila tamta”? (chodzi mi konkretnie o kolejność wyrazów, która ma rzekomo mylić angielskojęzycznych).
Drugie pytanie: czy znasz angielski? bo mam wrażenie, ze nie wiesz, o czym mówisz, wobec czego wybacz, ale robi się z tego dyskusja ze ślepym o kolorach (dla wyjaśnienia: w polskim możesz powiedzieć „ta szkoła” i wszystko będzie jasne, ale równie dobrze możesz powiedzieć tylko „szkoła” i będzie to oznaczać szkołę w ogólę, albo jakąś konkretną, zależnie od kontekstu, w angielskim natomiast zawsze musi to być „a school” albo „the school” – żadnego domyślania się z kontekstu)