Stowarzyszenie Naukowe Archeologów Polskich wystosowało list otwarty do ministra kultury i dziedzictwa narodowego Bogdana Zdrojewskiego w sprawie zmian w przepisach regulujących prowadzenie poszukiwań za pomocą m.in wykrywaczy metalu.
W liście SNAP wyraża zdecydowany sprzeciw wobec wprowadzenia do projektu rozporządzenia w sprawie prowadzenia prac konserwatorskich, prac restauratorskich, robót budowlanych, badań konserwatorskich, badań architektonicznych i innych działań przy zabytku wpisanym do rejestru zabytków oraz badań archeologicznych przepisów, które ograniczają obowiązek uzyskania zezwolenia na prowadzenie poszukiwań do zabytków wpisanych do rejestru zabytków.
W ocenie SNAP zapis taki stoi w sprzeczności z ustawą o ochronie zabytków. Stowarzyszenie podkreśla, że w ten sposób chronione będzie zaledwie 5 proc. z około 400 tys. zlokalizowanych dotąd stanowisk archeologicznych.


http://www.odkrywca.pl/snap-w-sprawie-detektorystow,689914.html#689914
warto poczytać,szczególnie komentarz pana Arturborat.
To kwestie, które już tutaj (i w wielu innych miejscach) poruszane były wielokrotnie. Niechlujnie napisana ustawa i ekwilibrystyczna interpretacja wykrywaczowców były już tutaj dyskutowane.
Komentarze zresztą dość typowe dla niektórych przedstawicieli środowiska (określenie „tym kretynom”), głęboko przekonanych o własnych kompetencjach i braku tychże u osób legitymujących się zarówno wykształceniem, stopniami i tytułami naukowymi, jak i wieloletnim doświadczeniem badawczym.
Nie mam wątpliwości, że sytuacja, w której wykrywaczowcy nie będą potrzebowali zezwoleń konserwatorskich na prowadzenie swej działalności na zarejestrowanych stanowiskach, podczas gdy takiego zezwolenia będzie potrzebował archeolog, po odpowiednich studiach, z 12 miesięcznym (minimum) doświadczeniem, który chcąc uzyskać zezwolenie musi obligatoryjnie przedstawić pisemną zgodę właściciela gruntu, przedłożyć program badań oraz zgodę instytucji muzealnej na przechowywanie pozyskanych zabytków, a także uiścić opłatę skarbową, będzie kompletnie kuriozalna. Do tego w trakcie trwania prac archeolog jest kontrolowany przez służby konserwatorskie (sprawdzana jest poprawność metodyczna, jakość dokumentacji etc), po ich zakończeniu musi przedstawić sprawozdanie. Jasne, że nie zawsze konserwator dociera na stanowisko, ale jest to dość zwykła praktyka. I ja to wszystko będę musiał spełnić, a przyjdzie sobie koleś, z wykrywaczem i saperką, wlezie na pole i będzie bezproblemowo, bez żadnej sankcji rozkopywał np. cmentarzysko przeworskie. Z głębokim przekonaniem, że jak te zabytki sprzeda na Allegro lub zatrzyma w szufladzie to są one lepiej udostępniane społeczeństwu, niż jak miałby się znaleźć w magazynie muzealnym. Przecież to absurd! Takich rozwiązań nie ma chyba nigdzie w Europie. Nawet w tak wychwalanej przez wykrywaczowców Anglii, gdzie są wymagane pozwolenia właściciela gruntu, rejestracja oraz udostępnianie zabytków do PAS.
Paranoja to jest TERAZ. Jest wiele miejsc wpisanych do stanowisk archeologicznych na zasadzie postawienia dużego okręgu gdzie ktoś znalazł skorupkę. I w konsekwencji budowa domu jednorodzinnego na SWOJEJ WŁASNEJ DZIAŁCE staje się koszmarem. Zezwolenia, pozwolenia, papiery itd. To jakaś paranoja urzędnicza – pani w urzędzie, która już dawno powinna pójść na emeryturę wydaje zarządzenia dotyczące przekopania całej działki prywatnej, na koszt właściciela. WARA. Jak chcecie się grzebać to zapraszam – archeologia niech sobie zrobi na własny koszt.
Obcnie prawo w kraju jest tak zrąbane, że gdy budowlaniec znajdzie COKOLWIEK (nawet cennego!!) to jest to od razu skrzętnie wyrzucane, żeby tylko się nikt o tym nie dowiedział. Bo jakby się dowiedział, to procedury wstrzymania prac są takie, że koszty potrafią zbankrutować niejedną rodzinę, która po prostu chce mieć wreszcie swoje miejsce na ziemi. Głupota do kwadratu. A wystarczy wpisać, że tak jak w normalnym kraju za to co jest znalezione w ziemi należy do właściciela działki, ewentualnie należy się odszkodowanie… Tak jest w Anglii, Francji i wielu innych krajach. I mam nadzieję, że rozporządzenie coś zmieni w tej kwestii…
W każdym normalnym kraju istnieje pojęcie dziedzictwa archeologicznego i istnieje konieczność przeprowadzenia badań ratowniczych o ile planowana inwestycja dotyczy obszaru stanowiska. O ile mi wiadomo to we Francji np. bada się cały obszar planowanej autostrady, u nas tylko wytypowane w badaniach powierzchniowych odcinki.
Zjawisko badań wyprzedzających jest sankcjonowane przez prawo międzynarodowe, tzw. Konwencję Maltańską, która zakłada każdorazowo prowadzenie prac archeologicznych na terenie stanowisk, które miałyby zostać zniszczone przez inwestycje. Zasada konwencji jest taka: kto niszczy ten płaci. Zarówno Anglia (Wielka Brytania), jak i Francja są sygnatariuszami tej konwencji.
Nie jest prawdą jakoby w Anglii za badania stanowiska archeologicznego na obszarze inwestycji płacono właścicielowi ziemi. Płaci się za skarby. Pojęcie to regulowane jest przez Treasure Act (streszczenie: http://finds.org.uk/treasure/advice/summary/).
Nie słyszałem, aby na podstawie pojedynczej skorupy kazano komukolwiek zrobić badania. Chyba, że sprawa dotyczy działki na terenie historycznego centrum miejskiego. Każdy kto kupuje taką działkę powinien sobie zdawać sprawę z kosztów jakie się z tym wiążą. Kupując ziemię warto się dowiedzieć z czym się to łączy, a nie mieć pretensje do archeologów. Archeolodzy prawa nie ustanawiają, choć jest dość oczywiste, że w pewnym sensie lobbują za takim jego kształtem, który zabezpieczałby możliwie dobrze zachowanie dziedzictwa archeologicznego.
Prawda jest też taka, że koszt badań archeologicznych to zwykle zaledwie niewielki promil kosztu inwestycji.
A budowlaniec, który ukrywa coś cennego, żeby nikt się o tym nie dowiedział i nie sprawiał kłopotów byłby tak samo potraktowany jako przestępca w Anglii czy we Francji. A nawet surowiej, bo tam prawo sprawniej działa.
„Archeolodzy prawa nie ustanawiają, choć jest dość oczywiste,”
Kolego mylisz się. Znam przypadki gdzie w zależności od humoru pani w urzędzie nakazano albo przebadanie całej działki (oczywiście NIC NIE ZNALEZIONO), albo zlecono nadzór. Problem leży w tym, że koszty spadają na właściciela ziemi.
Przypadek w Brwinowie pod Warszawą np. gdzie facetowi wykopano dymarki i co? Nic nie mógł zrobić, a archeo nie wiedziało co z tym fantem zrobić – twierdzili, że mają wykopanych dymarek już dużo. Ale prawo nakazuje. Przez 3 lata się sądził, w końcu kazali mu w cholerę to zakopać. To po co była ta cała zabawa?
Inny przypadek – autostrady. Wykonawca specjalnie zwraca się do archeologów, żeby „specjalnie coś znaleźli” – to daje pretekst do wstrzymania budowy i przesunięcia terminów aby nie płacić kar umownych. TO JEST STAŁA PRAKTYKA. Nikt ci tego oficjalnie nie przyzna ale to jest normalny trik.
Jak się u nas robi stanowisko archeologiczne do przebadania? Tak jak napisałem. Ktoś znalazł skorupkę. Ktoś inny ZAKREŚLA DUŻE KOŁO wokół (mimo, że nie ma uzasadnienia żadnego) i wszystkie działki wokół tej skorupki są już „na stanowisku”. Właściciele tychże NAGLE ZNALEŹLI się w sytuacji prawnej, że MUSZĄ się starać o pozwolenia. MUSZĄ przeprowadzić badania NA SWÓJ KOSZT. Niech mi nie wmawia, że to nie jest stanowienie prawa i narzucanie ograniczeń urzędniczych.
Fakt – są miejsca gdzie to ma sens. Ale w naszym kraju chodzi w większości przypadków o wyciąganie kasy od ludzi. Nie oszukujmy się. Tak samo działa policja (mandaty są wpisane często w targety zadaniowe policjantów, jak nie ma x mandatów/miesiąc to po premii…).
Co do przykładu budowlańca, to wszyscy budowlańcy to wiedzą. TO JEST PO PROSTU przymus. Wstrzymanie prac to są koszty, których nikt nie zwróci. A często wiąże się z przekroczeniem terminów, budżetu itd.
Kolejny przykład pokrewny. Ustawa o ochronie przyrody – niby ma na celu chronienie drzew. Ale w obecnej postaci, prędzej właściciel wytnie samosiejkę, póki jest młoda czy krzak zanim się rozrośnie, niż pozwoli mu urosnąć. Gdyby nie ta ustawa, to ludzie chętnie by sadzili drzewa na swoich terenach, a tak? Lepiej wyciąć i zasadzić trawę, bo to urzędnik decyduje co można a co nie.
Ostatni przypadek z dziedziny archeologii. Amator oddał całe swoje wieloletnie zbiory, dokładnie opisane do muzeum. Jednego dnia dostał podziękowania i dyplom od dyrektora muzeum. A drugiego … zgłosił się do niego prokurator z postawionym zarzutem, bo jakiś nadgorliwy pracownik muzeum musiał się dop…ć . Gdzie tu do cholery jest logika?To nie jest prawo dla ludzi. To jest prawo zaborcze, które musi być zmienione.
Co do zabytków – kolega ma na działce przedwojenną oborę. Prawie się wali i zagraża życiu. Z czerwonej cegły. Nie może zburzyć, bo jakiemuś pajacowi zachciało się ją wpisać do rejestru zabytków. Nic nie można zrobić. Stoi taka ruina i będzie stała aż się zawali. Pożytek z tego „zabytku” żaden. Wartość materialna czy kulturalna żadna. Ale jest „zabytek” i jeden mądry konserwator jest dumny, że statystyki rosną…
Tak jest wszędzie. Wystarczyłoby motywować ludzi w jakiś sposób – pozytywny a nie groźbą kar. Utrudnianie życia daje zupełnie inne skutki. Penaltyzacja prawa spowoduje to, że WSZYSTKO zejdzie do podziemia i wiele cennych znalezisk NIGDY nie ujrzy światła dziennego. Możecie być pewni…
Otóż to Ty się mylisz kolego.
Koszty badań dotyczą inwestora – kto niszczy ten płaci. Jasna sprawa.
Pani w urzędzie jest urzędnikiem, a nie badaczem. Dlaczego odpowiedzialnością za jej decyzje obarczasz archeologów?
Wyciągasz jakieś przypadki które co niby mają udowodnić? Z opisaną przez ciebie praktyką na autostradach się nigdy nie spotkałem, nie bardzo też wiem w jakich sytuacjach miałaby być zastosowana skoro badania wyprzedzające są wykonywane przed oddaniem terenu firmom budowlanym, a zleceniodawcą jest Generalna Dyrekcja. W niektórych przypadkach zalecany jest nadzór archeologiczny w trakcie trwania prac budowlanych więc może wtedy. Ale co to ma wspólnego z regulowaną przez konwencję maltańską zasadą podejmowania badań wyprzedzających? Skoro znasz takie przypadki powinieneś zgłosić je organom ścigania – w końcu jest to przestępstwo.
„Jak się u nas robi stanowisko archeologiczne do przebadania? Tak jak napisałem. Ktoś znalazł skorupkę. Ktoś inny ZAKREŚLA DUŻE KOŁO wokół (mimo, że nie ma uzasadnienia żadnego) i wszystkie działki wokół tej skorupki są już „na stanowisku”. ”
Wiem, że takie przypadki się zdarzają, ale to jest kwestia niemetodycznych decyzji w trakcie badań powierzchniowych, które często całe lata temu były podjęte w ramach AZP. Konserwator w razie wątpliwości (o ile na karcie KESA jest zaznaczony większy obszar, a podstawą określenia stanowiska jest pojedyncza skorupa) powinien zlecić najpierw ponowne badania powierzchniowe, albo rozpoznawcze badania wykopaliskowe (jeden lub kilka niewielkich sondaży powinno sprawę załatwić) albo zlecić nadzór nad budową. Uczciwy archeolog-wykonawca powinien orientując się, że stanowiska nie ma, zawiadomić konserwatora i wnioskować o zamianę badań na nadzór. Ktoś, kto lata wcześniej przyjmował teczkę z tzw. obszarem AZP nie powinien się zgodzić na takie zakreślenie na podstawie jednej skorupy. Ktoś kto robił badania pewnie chciał naciągnąć państwo, bo były okresy, gdy płacono w AZP za stanowisko. Dla pojedynczej skorupy była kategoria ślad osadniczy, zaznaczana punktem, a nie powierzchnią. Wszystkie te problemy to efekt niewłaściwych działań urzędów konserwatorskich, a nie samej zasady podejmowania badań wyprzedzających inwestycję.
„Co do przykładu budowlańca, to wszyscy budowlańcy to wiedzą. TO JEST PO PROSTU przymus. ”
To jest oszustwo i przestępstwo. I tyle.
„Kolejny przykład pokrewny. Ustawa o ochronie przyrody”
No chyba nie sądzisz by archeolodzy mieli cokolwiek wspólnego z ustawą o ochronie przyrody?
„Ostatni przypadek z dziedziny archeologii. Amator oddał całe swoje wieloletnie zbiory”
Tak – ten przykład znam, bo go media nagłośniły. A archeologią nie ma nic wspólnego, poza tym, że dotyczył zabytków archeologicznych. Nie ma też nic wspólnego z kwestią badań wyprzedzających.
„kolega ma na działce przedwojenną oborę”
I za to też archeolodzy odpowiedzialni, że kolega nic z oborą nie może zrobić?
Nawiasem mówiąc pierwsze słyszę aby konserwator musiał się rozliczać z ilości obiektów wpisanych do rejestru.
Ja się zgadzam z tym, że ten system nie zawsze działa jak powinien, bo brakuje wyobraźni, bo ludzie popełniają błędy, bo niekiedy wiąże się z korupcją. Nie zmienia to faktu, że ogólna zasada nakazująca finansowanie przez inwestora badań nie jest jakimś wymysłem czy wybrykiem polskiego prawa (lub bezprawia), a normą europejską sankcjonowaną prawem międzynarodowym.
„Otóż to Ty się mylisz kolego.
Koszty badań dotyczą inwestora – kto niszczy ten płaci. Jasna sprawa”
Blagam, Panie Gunther. Bez obrazy, pisze Pan jak typowy urzednik.
Kupuje legalnie ziemie, ktora jest legalnie przeznaczona na budowe domu. Chce ten dom legalnie wybudowac. Panstwo jednak zastrzega, ze teren moze zawierac jakies zabytki i rosci sobie prawo do nich. Nie mam z tym problemu. Prosze sobie przyjsc, wykopac rzeczone zabytki i je zabrac. Na to Panstwo: „alez nie, prosze Pana, prosze wynajac archelogow, ktorzy to chetnie zrobia, zaplacic im sowicie i oddac nam zabytki”. Jesli uwaza Pan, ze to jest normalne, ze ogranicza mi sie prawo do dysponowania moja wlasnoscia w imie interesow drugiej strony (na co sie ostatecznie godze) i jeszcze za to placic (na co sie nie godze) to chyba ktorys z nas ma spaczone pojecie sprawiedliwosci.
I jeszcze jeden komentarz a propo skutecznosci prawa: nikt normalny, gdy cos w ziemi znajdzie, nie informuje Konserwatora Zabytkow, tylko:
a) zabiera zabytek, niszczy potencjalne stanowisko archeologiczne
b) niszczy potencjalne stanowisko archeologiczne
Prosze sobie wybrac jedna opcje.
Nawet jesli poczucie sprawiedliwosci nas rozni, to chyba cel ochrony zabytkow jest dla obu wspolny. Skoro w wyniku stosowania prawa mamy rezultat jak powyzej, to znaczy ze prawo nie spelnia swojej roli, wiec nalezy je zmienic. Znam mase przypadkow zakopania przez firmy budowlane skorup, „dziwnych” fundamentow, rur czy przejsc, ktorych nie ma na zadnych planach. Szybko, zeby nikt nie widzial, pracownicy „geba na klodke”. Przypadku zgloszenia Konserwatorowi nie znam.
Błagam panie Jackob – niech pan myśli realnie,
Pan powie: „Prosze sobie przyjsc, wykopac rzeczone zabytki i je zabrac.” A państwo Panu odpowie – bardzo proszę. Odpowiednie fundusze będziemy mieć za 25 lat. Co Pan wówczas zrobi? Brutalnie mówiąc rozpieprzy Pan stanowisko, bo za 25 lat to będzie zmartwienie Pana potomstwa, a Pan chce mieszkać teraz.
Wszyscy wiemy, że nie żyjemy w bogatym kraju. Skąd państwo ma wziąć pieniądze na badania we wszystkich tych przypadkach, w których ktokolwiek chce sobie cokolwiek zbudować? Bo to przecież nie będzie kwestia tylko Pana, który chce sobie postawić domek o powierzchni powiedzmy 60 m2, ale też wielkiej firmy, która chce zbudować sobie biurowiec, galerię handlową etc. Jak wszyscy to wszyscy – im też trzeba by badania zrobić z publicznej kasy.
Przecież dobrze Pan wie, że jeśli państwo będzie to miało zrobić z pieniędzy budżetowych to albo tego nie zrobi, albo sięgnie do Pana kieszeni i wydusi w podatkach. Wtedy na badania w Pańskim domku będzie płacił Pan Józek, który domku nie ma i Pani Jadzia, która ma do opieki chore dziecko.
No na prawdę – archeolog też człowiek i z czegoś żyć musi, za darmo wszystkiego robić nie będzie (proszę mi uwierzyć, ja bardzo często dokładam do różnych badań z własnej kieszeni), z czegoś musi popłacić specjalistyczne ekspertyzy, analizy, robotników fizycznych, maszyny etc.
Pan kupuje, to przy zakupie warto się zorientować, czy ziemia funkcjonuje w ewidencji zabytków archeologicznych, czy nie. Taki to problem? Ja sobie nawet wyobrażam, że ziemia, która jest obciążona wymogiem przeprowadzenia badań powinna być nieco tańsza, niż podobna, nie funkcjonująca w ewidencji.
Ja też znam podobne przypadki oszustw budowlańców. Nawet rozumiem skąd to się bierze, ale zna Pan jakąś dobrą metodę by tego uniknąć? Bo ja nie znam. Bo w polskiej naturze leży oszukiwanie na wszystkim, to dlaczego by nie na tym. Ten sam budowlaniec, który „nie zauważy” zabytków archeologicznych, sypnie Pany więcej piasku do zaprawy, zrobi płytszy podkład pod podjazd, użyje gorszych materiałów. Bo jak ktoś jest oszustem, to proszę nie liczyć, że on tylko konserwatora oszuka.
Nie pisze o ludzkiej naturze, tylko do jakiego postepowania niejako „zmusza” ludzi nieudolne prawo. Oczywiscie, ze jak ktos chce zbudowac dom na stanowisku archeologicznym, to musi sie liczyc z konsekwencjami, ale prosze wziasc pod uwage, ze takich miejsc jest bardzo malo (i jestem przekonany, ze na takie badania polskie panstwo stac). Bardziej mi chodzi o mase dzialek, ktore w warunkach zabudowy maja napisane, ze o rozpoczeciu prac budowlanych trzeba powiadomic konserwatora. Jako inwestor, nie-archeolog, nie wiem, czy cos tam jest czy nie ma. Jesli, nie daj Boze, przylezie na budowe jakis archeolog, i o zgrozo, zobaczy interesujace warstwy w wykopie, to zatrzymuje budowe i kaze inwestorowi przeprowadzic badania archeologiczne na jego koszt! Nagle sie okazuje, ze budowa domu, zanim stana fundamenty, zamienia sie w koszmar. Inwestor ma opozniona budowe, co przeciez kosztuje, i do tego jeszcze musi placic ogromne pieniadze, za cos co nie jest w jego interesie. Pan patrzy na wszystko oczami urzednika, czyli ludzie oszukuja, bo to jest w ich naturze. Ludzie spia na kasie, wiec stac ich na badania, natomiast Panstwo, ktore jest beneficjentem prac archeologicznych, nie moze sobie na to pozwolic. Z drugiej, inwestorskiej strony, Panie Gunther, to tak wcale nie wyglada.
Dbalosc o nasze dziedzictwo kulturowe jest zapisane w Konstytucji RP i nalezy do obowiazkow Panstwa. Panstwo, owszem, o dziedzictwo dba, tylko za pieniadze obywateli, ktorzy realizuja swoje marzenia. Dla mnie to nie jest w porzadku.
Budowalem sie wlasnie na takiej dzialce, wiec temat przerabialem. Na szczescie u mnie w ziemi nic nie ma poza iłami. Od sasiadow wiem, ze 200 m dalej w ziemi (a jakze, pod przyszla zabudowe) mozna sobie wygrzebac stare urny, ktore zdobia niejeden okoliczny dom. Efekt prawa – Panstwo nie ruszy palcem, zeby to przebadac, tylko czeka jak sep na frajera, ktory wymysli sobie tam budowanie domu. Wtedy przypomni sobie o Konstytucji i wycisnie z niego i pieniadze i chec do posiadania wlasnego domu.
To Panstwo ma sluzyc Obywatelom, a nie Obywatele Panstwu.
1. Za nic nie rozumiem czemu mieszasz notorycznie archeologów do rejestru zabytków. Nimi zajmują się konserwatorzy zabytków, którymi tylko czasami są osoby o wykształceniu archeologicznym. Bardzo często są to np. historycy sztuki.
2. Archeolog nie może nakazać płacenia za badania, bo tak mu się chce. Decyzję podejmuje urzędnik (konserwator zabytków), w trybie określonym przepisami prawa. Na taką decyzję z pewnością przysługuje zażalenie (skarga, odwołanie, itp). Archeolog jedynie wykonuje decyzje urzędnika, bo taka jest jego powinność.
Oczywiscie, ze jak ktos chce zbudowac dom na stanowisku archeologicznym, to musi sie liczyc z konsekwencjami, ale prosze wziasc pod uwage, ze takich miejsc jest bardzo malo (i jestem przekonany, ze na takie badania polskie panstwo stac).
No nie stać, bo wcale nie jest mało. Proszę wziąć pod uwagę choćby same historyczne centra miast – to są wielowarstwowe stanowiska archeologiczne, o bardzo złożonej stratygrafii. Realne koszty badań na takich stanowiskach to olbrzymie pieniądze. Do tego cały szereg innych stanowisk.
Państwa na to nie stać.
Zresztą podejrzewam, że nie tylko naszego, skoro zasada „kto niszczy ten płaci” wynika z konwencji maltańskiej, podpisanej przez różne kraje, w tym całkiem bogate. Wiem, że jak inwestor chce sobie w Londynie, czy Paryżu zbudować hotel na stanowisku archeologicznym, to musi zapłacić.
„Bardziej mi chodzi o mase dzialek, ktore w warunkach zabudowy maja napisane, ze o rozpoczeciu prac budowlanych trzeba powiadomic konserwatora.”
No trzeba, bo on ma sprawdzić, czy jest w tym miejscu zarejestrowane stanowisko archeologiczne i podjąć decyzję o zakresie ewentualnych badań.
„Pan patrzy na wszystko oczami urzednika, czyli ludzie oszukuja, bo to jest w ich naturze.”
Ja nie jestem urzędnikiem.
Jestem nauczycielem i „praktykującym archeologiem”. Nie pracuję w urzędzie konserwatorskim, ani żadnym innym.
„Ludzie spia na kasie, wiec stac ich na badania, natomiast Panstwo, ktore jest beneficjentem prac archeologicznych, nie moze sobie na to pozwolic.”
Nie rozumiem jakimże to zyskiem dla państwa są badania archeologiczne? Przecież państwo nie handluje na wolnym rynku zabytkami. Państwo (a ściślej instytucje finansowane z budżetu państwa) musi to konserwować, przechowywać, udostępniać zainteresowanym.
Jest alternatywa – możemy wszystko rozwalić. Zaorać, zniszczyć, wywalić na śmieci. W końcu podręczniki dla dzieci już są napisane, podręczniki dla studentów też, mamy zgromadzony podstawowy zasób wiedzy. Resztę rozwalmy. Pan jako inwestor będzie szczęśliwy, ja jako archeolog też, bo ledwo nadążam ze śledzeniem stanu badań. Będzie święty spokój.
W tym celu musimy wypowiedzieć konwencję maltańską, a najlepiej wyjdźmy z Unii, bo mogą nam nie pozwolić na takie brewerie. Powinna znaleźć się jakaś partia, która Panu obieca, że zrobi to zaraz po wyborach. Coś mniej więcej na poziomie Samoobrony, lub znany obrońca wolności wszelakich JKM, bo nie przypuszczam, by jakaś inna chciała to zrobić.
I wtedy państwo zacznie służyć obywatelom. A w jakieś abstrakcyjne pojęcia w rodzaju dziedzictwa narodowego, czy archeologicznego niech się bawią inni, którzy nie szanują prawa obywatela do rozwalenia stanowiska archeologicznego o ile leży na jego ziemi.
Szczerze mówiąc to brzmi jak tłumaczenia złodzieja „kradnę, bo wszyscy kradną”. Po pierwsze nie wszyscy kradną, po drugie nie jest to żadne wytłumaczenie. Opowiastki jak to wszyscy ukrywają znaleziska archeologiczne żeby tylko nie przyszli archeolodzy to nie jest fakt tylko g… prawda. Sam znam przypadki jak to wcale nie zamożni rolnicy zgłaszali fakt wyorania jakichś starych skorup ze zwykłej przyzwoitości, która nie powinna być obca żadnemu człowiekowi. Biadolenie człowieka budującego dom za 200 tys. zł, że musiał dołożyć 2 tys. na archeologa jest żenujące, tym bardziej przy budowie autostrad lub innych poważnych obiektów.
Próba zrzucania całej odpowiedzialności na państwo trąci socjalizmem, którego skutki obserwujemy w Grecji. Nie ma i nigdy nie będzie jakiegoś „Państwa”, które bierze pieniądze znikąd i tymi pieniędzmi finansuje wszelkie zachcianki obywateli. Państwo to każdy z nas i zabytki leżące w ziemi to dziedzictwo każdego z nas. To my wszyscy jesteśmy za te zabytki odpowiedzialni a nie jakieś „państwo”. Ich ratunek może sfinansować albo obywatel niszczący dane stanowisko, albo ten sam obywatel zrobi zrzutkę z dziesięcioma innymi obywatelami nie niszczącymi tego stanowiska (wtedy to się nazywa „działalność państwowa”, tylko kosztuje więcej, bo przecież wymaga zaangażowania urzędników, którzy za darmo pracować nie będą). Innej opcji nie ma. Jak ktoś ma jakieś komunistyczne wizje państwa finansującego wszystko i to nie z kieszeni obywatela to Grecja dla niego otwarta (albo Białoruś, bo na pewno nie Francja czy Szwajcaria).
I pisząc to nie jestem ani urzędnikiem, ani archeologiem, ani konserwatorem.
„Biadolenie człowieka budującego dom za 200 tys. zł, że musiał dołożyć 2 tys. na archeologa jest żenujące, tym bardziej przy budowie autostrad lub innych poważnych obiektów.”
Na takie sformułowanie krew się we mnie zagotowała. Wiesz w ogóle kolego ile kosztuje przebadanie działki podczas badań ratunkowych (bo tak to się formalnie nazywa?) To nie jest na pewno 2k. To jest kilkanaście tysięcy. Im większa działka do zorania tym ta kwota rośnie bardziej w górę. Do tego dochodzi czas przestoju na badania, koszt kredytu (większość domów ZWYKŁYCH LUDZI a nie jakichś krezusów jest budowana NA KREDYT – w skrajnej sytuacji BANK MOŻE W OGÓLE WYPOWIEDZIEĆ KREDYT w takiej sytuacji!!!!! Co w ogóle rujnuje finansowo całkowicie rodzinę, która miała nieszczęście, że jakiś praprapra rzucił sobie skorupkę).
Po prostu poraża mnie takie widzenie – skoro kogoś stać na budowę domu to niech buli za frajer. Państwo WYMUSZA haracz, bo inaczej tego nie można nazwać. Jak rozumiem, archeolodzy oburzają się, żeby ich nie nazywać urzędnikami – a niby z punktu widzenia inwestora KTO WYMUSIŁ takie a nie inne prawo jak nie archeolodzy. Archeolodzy KTÓRZY TERAZ BUNTUJĄ się jak sytuacja ma ulec większej normalizacji.
Konwencja maltańska – rozumiem jej cele. Ale nie może być tak, że państwo zostawia ludzi samych sobie, bo znaleziono skorupkę. nie ma obecnie jakiegoś WSPÓŁFINANSOWANIA przez Państwo tego co zostało wymuszone, w przypadku gdy realna szkoda poniesiona przez inwestora powoduje jego wieloletnią ruinę finansową. I takich przypadków jest setki. To nie są drobne kwoty, o których napisałeś kolego. Koszty dla danej rodziny potrafią iść w DZIESIĄTKI TYSIĘCY. (sytuacja dużej działki, która zostaje wówczas W CAŁOŚCI przekopana – powiedzmy 1ha., bank wypowiada kredyt, środki zainwestowane już muszą być zwrócone w szybkim terminie). Państwo ma to w d… Jeśli idzie o branie to Państwo bierze pełnymi garściami, nakłada podatki, opłaty, nakazy, zakazy. Jeśli idzie o to aby pomóc zrealizować KONSTYTUCYJNE OBOWIĄZKI PAŃSTWA to już nie jest tak wesoło. „Jak Kali ukraść krowa dobrze, jak ukraść Kalemu to źle”. Dlatego ludzie nie szanują tego kraju. Dlatego budowlańcy tak robią jak robią. A przykład rolnika jest nietrafiony. Bo rolnik nie ma zamiaru niczego budować tam i w jego interesie jest oddanie skorupki, bo nic na tym nie traci – nawet może uzyskać dofinansowanie i zainteresowanie mediów. Koszt poniesiony przez niego wyniesie 0. Koszt poniesiony przez kogoś kto stoi pod ścianą (terminy bankowe, terminy prawa budowlanego, wstrzymanie inwestycji, odszkodowania umowne itd.) mogą w konsekwencji ZRUJNOWAĆ GO NA CAŁE ŻYCIE. Rozumiesz gdzie tkwi problem czy dalej mam tłumaczyć?
Rozumiem doskonale w czym tkwi Twój problem. Nie masz żadnego szacunku dla dziedzictwa kulturowego własnego narodu, żadnego szacunku dla prawa, żadnego szacunku dla państwa. I tak to już jest, że winny się tłumaczy. Swą miernotę moralną próbujesz więc przykryć wymyślanymi historyjkami o setkach biednych, ubogich rodzin, które stawiają sobie domy na hektarowej działce i zostają zrujnowane finansowo, bo archeolog znalazł jedną skorupkę. Już po dobranocce na takie bajki.
Co piszą ludzie, którzy budowali dom i musieli skorzystać z pomocy archeologa?
http://forum.budujemydom.pl/Dzialka-pod-nadzorem-archeologa-t1206.html
http://www.forumbudowlane.pl/vt/8278/0/punkty-archeologiczne-a-fundamenty
Jak widać najbardziej straszliwe historie piszą ci, którzy żadnego nadzoru jeszcze nie doświadczyli.
>>”To nie jest na pewno 2k. To jest kilkanaście tysięcy.”
Wszystko zależy od charakteru badań, powierzchni i przewidywanej miąższości nawarstwień.
Za nadzór przy kopaniu fundamentów, najwyżej parę stówek.
Za badania wyprzedzające – może być kilkanaście tysięcy. Ale to dość rzadkie przypadki.
Większe sumy dotyczą raczej sporych inwestycji i na pewno nie zrujnują żadnej rodziny.
„Do tego dochodzi czas przestoju na badania”
O ile to nadzór, to nie ma przestojów, a przynajmniej są one nieistotne (pół godziny na parę zdjęć, ewentualnie rysunek).
>>”(sytuacja dużej działki, która zostaje wówczas W CAŁOŚCI przekopana – powiedzmy 1ha., ”
Badania prowadzi się w obrębie zabudowy. Jeśli kogoś stać na budowę domu o powierzchni 1 ha (!!!), to na pewno będzie go stać na badania wyprzedzające.
Nie bada się całej zakupionej działki, tylko tę część, która ma ulec zniszczeniu (wkopy fundamentowe, instalacyjne, szamba etc).
Dodatkowo często konserwator wpisuje badania tylko do głębokości posadowienia fundamentów (piwnic), co ma znaczenie w miastach, gdzie miąższość nawarstwień może sięgać kilku metrów.
>>”Koszty dla danej rodziny potrafią iść w DZIESIĄTKI TYSIĘCY.”
No jak ktoś buduje stadion, centrum handlowe lub biurowiec, to wtedy tak.
>>”mogą w konsekwencji ZRUJNOWAĆ GO NA CAŁE ŻYCIE”
Jak będziesz miał zamiar być zrujnowany na całe życie to daj znak. Polecę kogoś kto zrobi to uczciwie, albo ewentualnie sam się poświęcę. Wielkie sumy za badania wyprzedzające to najczęściej archeolodzy cwaniacy, którzy małym kosztem chcą wykorzystać zleceniodawcę.
Ja ostatnio zakładałem książkę techniczną budynku (jakoś tak to się nazywa). Ceny były od 2000 do 600 zł, za to, że przyszedł jeden człowiek, pozaglądał, skopiował sobie dokumentację budowlaną, zrobił kilka zdjęć i za parę dni przyniósł wypełniony druczek. Jak myślisz, którą firmę wybrałem?
Jeszcze jedna sprawa – archeolodzy nie wymusili takiego prawa. Na pewno za nim lobbowali, ale nic nie wymuszali. Przeceniasz nasze możliwości.
I archeolodzy nie buntują się teraz, gdy sytuacja ma ulec normalizacji. Bo sytuacja nie ulegnie normalizacji. Nadal będzie potrzebny nadzór lub badania wyprzedzające. Proponowana zmiana prawa dotyczy tylko wykrywaczowców. Oni nie będą musieli uzyskać pozwolenia na swoje działania. A Ty nadal będziesz musiał płacić archeologowi.
Ta jasne to może pójdziemy dalej.
Kupiłem działkę na terenie o niekorzystnych warunkach wodnych bez ich sprawdzenia – niech Państwo zapłaci za igłofiltry.
Kupiłem działkę na Pomorzu bez analizy geologicznej i muszę palować budynek na 12-14 metrów – niech Państwo zapłaci w końcu to co pod ziemią to Państwa.
Jeśli ktoś jest idiotą i nie sprawdza ziemi którą kupuje pod każdym względem to niech za to płaci. Czemu wszyscy podatnicy mają płacić za czyjąś głupotę ?
Mądry człowiek kupując kawałek działki budowlanej sprawdza wszystko łącznie z historią regionu i stanowiskami archeologicznymi w okolicy. Mądry człowiek zaczynając inwestycję przygotowuje się finansowo na nieprzewidziane sytuacje a nie potem płacze i zwala odpowiedzialność za swoje błędy na archeologów, urzędników i sąsiadów.
najbardziej w tej dyskusji wkurzyło mnnie to, ze ani archeolog ani jego przeciwnicy nie wzieli pod uwagę jednego drobiazgu – w tym kraju już żaden inwestor nie płaci za wykopaliska więcej niż 2% kosztów inwestycji bo za koszty powyżej tych 2% zwraca mu Minister Kultury. Zmiana ta nastąpiła po wyroku trybunału konstytycyjnego w 2009 r.
Poza tym przepis ten jest wzorowany na tym właśnie wychwalanym tu zachodnim świecie! Zgadzam się z głosami rozsądku jaki zaprezentowali skayclad i Kane, najpierw trzeba wiedzieć o czym się mówi a nie tylko krzyczeć. NIeznajomość prawa nigdzie na świecie nie zwalnia z jego stosowania to po pierwsze. Po drugie konserwatorzy to też ludzie i archeolodzy to też ludzie, na podstawie jednej pani w urzędzie nie można szkalować całego środowiska. I jeszcze po trzecie – zgodnie z przepisami międzynarodowymi obowiązkiem państwa jako instytucji jest ochrona zabytków polegajaca na ich zachowaniu. Forma zachowania moża być różna, może to być zachowane w miejscu zalegania czyli in situ ale może być też przez przebadanie i to od konserwatora zależy jak się tego dokona. Te „gigantyczne” 2% kosztów inwestycji powinien ponieść inwestor bo to jemu zależy na zniszczeniu zabytku – a czy rozumie tego sens to już sprawa jego inteligencji.
Ile takich dofinansowań wypłaciło dotąd Ministerstwo?
Pytanie podstawowe powinno brzmieć ile złożono wniosków ? O wyniki należało by pytać w Ministerstwie. I ile było wniosków i ile rozpatrzono pozytywnie. Ja wiem o dwóch sprawach w toku.
O ile ja wiem (mogę się mylić, bo jedynie jakieś plotki do mnie dochodziły) nie było ich dużo więcej i dlatego o tym nie pisałem.
No i właśnie w tym problem, ludzie prawa nie znają, nie chcą poznać i tylko winnych swojej ignorancji szukają ( a możliwości takie istnieją od minimum roku bo wtedy weszło w życie rozporządzenie w tej sprawie). Tak jest i z finansowaniem badań i z poszukiwaczami. Mam wrażenie, że te komentarze daleko wyszły poza główny temat więc może słów kilka:
Poszukiwacze chcąc nadać własnej działaności choćby cień poprawności próbują interpretować prawo na własną korzyść (nie jest to dla nich znów takie trudne gdyż wielu z nich to np.: prawnicy). Jednak to jest jedynie interpretacja, która zawsze może być zmieniona. Co prawnik to inne zdanie, a jak jeszcze ma w tym własny interes to …
Kiedyś odbyłam z prawnikiem dość interesującą rozmowę dotyczyła finansowania badań archeologicznych a najciekawsza był puenta – mimo, że jest wskazanie wprost w ustawie kiedy i komu przysługuje to dofinansowanie to on stwierdził, że tak by to zinterpretował i przedstawił, że sprawę by wygrał. O czym to świadczy? Tylko i wyłącznie o tym, że prawnicy mają znacznie lepszych lobbystów w sejmie niż archeolodzy. Dlatego nie zgodzę się z wcześniej prezentowanymi opiniami, że archeolodzy są cwani a konserwatorzy głupi i bezmyślni. NIE oni są słabymi politycznie, naiwnymi pasjonatami stojącymi na straży tych wartości, których nikt prawie w tym kraju już nie chce nawet zrozumieć (a co dopiero respektować). I tylko istnienie grup takich jak te współpracujące z Muzeum w Piotrkowie czy łódzkimi archeologami, są im solą w oku bo świadczą o tym, że jak ktoś chce to może i zajmować się swoją pasją i działać zgodnie z prawem.
I ja słyszałem, że tych wniosków za wiele nie ma.
Oczywiście winą jest nieznajomość prawa. Generalnie jednak inwestora w sprawie dotacji powinien pokierować archeolog. Tu mnie dziwi bierność archeologów. Przecież jeśli wartość tych badań przekroczy te 2% to archeolog prowadzący badania będzie mógł już wszystko, bo za wszystko to, za co skasuje inwestora powyżej tych 2% odda inwestorowi skarb państwa.
W takiej sytacji archeolog z miejsca powinien być pełnomocnikiem inwestora ds. dotacji. Mieć procedurę w jednym palcu i odwalać za inwestora całą papierkową robotę. Wówczas w przetargu na badania spokojnie można zawrzeć klauzulę, że wartość badań nie przekroczy 2% wartości planowanej inwestycji.
A wartość tej inwestycji zależy przecież od planów inwestora, nie można mu narzucać charakteru inwestycji a jedynie ograniczenia konserwatorskie. To naprawdę durne prawo, świadomy tego prawa inwestor mógłby z MKiDN wycisnąć 90% wartości badań.
Archeolodzy nie współpracują z inwestorami w sprawie tej dotacji, czyżby nie byli zainteresowani własnym interesem?
A że inwestorzy z tych dotacji nie korzystają? Ich sprawa, nie muszą, ale niech się nie skarżą, że badania archeologiczne są takie kosztowne, więcej jak 2% planowanych przez siebie kosztów :) – nie zapłacą.
Albo źle planują koszty, albo nie są zainteresowani.
MKiDN może nie być chętne do płacenia, ale samo sobie takie prawo stworzyło. Kiedyś jakaś większa archeologiczna inwestycja zdrenuje fundusz Ministerstwa i te zasady szybko zmienią.
A czytaliście już list numizmatyków w tej sprawie do MKiDN?
Trzymajcie się, akcja lobbingowa na całego, do tego podpierają się autorytetem akademickim, a i tak wiadomo kim są te autorytety z IAUW – lista zbyt długa nie jest.
Miejmy nadzieję, że MKiDN nie zacznie zmieniać prawa bez udziału SNAP największej w kraju organizacji reprezentującej zawodowe interesy archeologów a także innych środowisk związanych z ochroną zabytków.
Zwróćcie uwagę, że tu nie o interes zabytków chodzi.
Chodzi nawet nie tyle o legalne poszukiwania z wykrywaczem, ale o legalne poszukiwanie zabytków archeologicznych w tym na stanowiskach archeologicznych (patrz próba nowelizacji rozporządzenia która obowiązek pozwolenia na poszukiwania wprowadza wyłącznie dla stanowisk archeologicznych wpisanych do rejestru – czyli ok 5% wszystkich – jawne złamanie art 3.3 zapisów europejskiej konwencji o ochronie dziedzictwa archeologicznego) oraz uwłaszczenia wyrabowanych i pochodzących z paserstwa prywatnych zbiorów archeologicznych – prawa handlu nimi i wywozu poza granice kraju (kryterium wartości, już przez to lobby wprowadzone).
Mam pytanie do Pana Wojciecha, jako prawnika.
Jaki jest tryb dla organizacji pozarządowej w którym można zaskarżyć nowy akt prawny? powinno się to zrobić przez Sąd Administracyjny, czy Trybunał Konstytucyjny? I jak jest z wejściem w życie takiego zaskarżonego aktu prawnego?
Czy jeśli rozporządzenie jest sprzeczne z zapisami ustawy, czy zapisami konwencji, która też jest ustawą może wejść w życie? To akt niższego rzędu niż ustawa.
Masz gdzieś namiar na ten list?
Czyli zgodnie z nowelizacją prowadzenie badań archeologicznych na stanowiskach zewidencjonowanych, ale nie wpisanych do rejestru, nie będzie wymagało pozwolenia?
De facto urzędy konserwatorskie stracą więc jakąkolwiek kontrolę nad archeologią w kraju. O skutkach dla nauki nie ma potrzeby wspominać (dzisiaj chcą zrobić kwerendę osadniczą na początek jedzie się do urzędu i zbiera informacje o badaniach na danym obszarze), skutki dla konserwatorstwa czy zarządzania dziedzictwem będą nie do oszacowania. Czy ktoś tam zastanawia się np. jakie to będzie miało konsekwencje w praktyce badań wyprzedzających?
Treść projektu rozporządzenia:
http://bip.mkidn.gov.pl/media/download_gallery/20110610_projekt_2.pdf
Drugi i trzeci akapit na drugiej stronie p. 8) i 9)
Prowadzenie badań będzie wymagało pozwolenie, ale poszukiwanie zabytków pozwolenia będzie wymagało tylko dla zabytków wpisanych do rejestru.
Czyli ty będziesz prowadził badania ratownicze posiadając pozwolenie od konserwatora a 10 m od ciebie zabytki będą „ratować” amatorzy z wykrywaczami bez posiadania na to jakiejkolwiek zgody od kogokolwiek, bo stanowisko będzie jedynie w ewidencji. Ty będziesz czyścił profile i robił ich ortofotografie, wycinał belki do dendro, a oni łopatami będą wywalać wielką dziurę poszukując ruchomych zabytków archeologicznych.
Zauważ, że wprowadza się nowy termin „poszukiwanie zabytków ruchomych – w tym zabytków archeologicznych” . Poszukiwanie nie jest formą badań, lecz po prostu poszukiwaniem w celu…? Poszukiwanie takie wymaga zgody, a owszem, ale jedynie dla nieruchomych zabytków archeologicznych wpisanych do rejestru.
Gdzie trzeba siedzieć i co należy zrobić aby wykręcić taki przepis?
To oznacza, że poszukiwanie zabytków archeologicznych poza zabytkami wpisanymi do rejestru nie wymaga żadnej zgody. Jest to psucie prawa.
zastanawia mnie czy NID konsultował w jakikolwiek te zmiany i kto pisał te artykuły? Bo chyba da się imiennie ustalić kto?
Oczywiście przepis jest niezgodny z ustawą oraz niezgodny z art 3 III konwencji, która nakłada obowiązek uzyskania pozwolenia dla poszukiwawczych pracach archeologicznych.
Dzięki za list numizmatyków.
Z jednym się zgadzam – obecne przepisy są napisane w sposób niechlujny i w rzeczywistości nie chronią zabytków w stopniu wystarczającym. Niestety proponowane rozwiązanie jest delikatnie mówiąc „niedopracowane”.
Z tekstu wygląda, że poszukiwania też będą wymagały pozwolenia. Różnica jest taka, że do wniosku o pozwolenie na badania archeologiczne, będą wymagane:
- dokumenty potwierdzające kwalifikacje – czyli archeolog będzie musiał mieć kwalifikacje zawodowe, a poszukiwacz już nie;
- mapa topograficzna i plan geodezyjny – czyli na wstępie archeolog będzie musiał zainwestować w geodetę, chyba, że sam posiada sprzęt i kwalifikacje by to zrobić, a poszukiwacz nie (nawiasem mówiąc projekt jest wewnętrznie sprzeczny, bo w warunkach przyznania pozwolenia mowa jest o ewentualnym obowiązku wykonania „planu sytuacyjno wysokościowego”);
- dokument o gotowości muzeum do przyjęcia zabytków. Tego oczywiście poszukiwacz nie będzie potrzebował, bo jego zabytki do muzeum trafią tylko wtedy, jak mu się znudzi kolekcjonowanie;
- oświadczenie o posiadaniu środków finansowych – poszukiwacz go nie potrzebuje;
- opis dot. uporządkowania terenu – poszukiwacz nie musi deklarować, że po sobie posprząta.
Innymi słowy będzie to o czym pisałem nieco wyżej – archeologom pozostawiono wszystkie dotychczasowe obostrzenia i wymagania. Poszukiwacze będą mogli swój proceder jedynie legalizować w urzędzie konserwatorskim poprzez wniosek. Ich nie dotyczą niemal żadne wymagania formalne.
Zresztą, na ile znam życie, w wielu przypadkach takie prawo będzie obchodzone – badań nie będzie się już prowadzić (bo: pozwolenie, opłata skarbowa, kontrola konserwatora, jakieś wymagania etc), teraz będzie się prowadzić poszukiwania. Nie ukrywajmy – w naszym zawodzie są też czarne owce. można przypuszczać, że badania ograniczą się do miejsc gdzie będzie to wymagane (czyli inwestycji).
Dodatkowo, archeolog w pozwoleniu zobowiązany jest do sporządzenia odpowiedniej dokumentacji (o której nie czytamy w pozwoleniu na poszukiwania), oddania jej w okresie 6 miesięcy do urzędu konserwatorskiego, przeprowadzenia „doraźnej konserwacji zabytków” (do czego nie zobowiązano poszukiwaczy) – nawiasem mówiąc w ciągu 3 lat te zabytki należy przekazać konserwatorowi z czego wynika, że konserwator będzie teraz prowadził magazyny (??? – tylko po co wcześniej papier z muzeum potwierdzający gotowość do ich przyjęcia???), sprawozdanie z badań w ciągu 3 tygodni do konserwatora, pełne opracowanie wyników w ciągu 3 lat od zakończenia badań, oraz częściowych i końcowych odbiorów konserwatorskich. Nic z tych rzeczy nie obowiązuje poszukiwaczy.
Do tego jeszcze archeolog musi posiadać tytuł zawodowy magistra w kierunku archeologii i 12 miesięczną praktykę zawodową. Nic takiego nie jest wymagane od poszukiwacza.
Być może rozróżnienie „badań archeologicznych” i „poszukiwań” nie jest złym pomysłem. Ale dlaczego de facto archeologów, którzy posiadają formalne wykształcenie i wymagane doświadczenie zawodowe, dodatkowo obarcza się obowiązkami, których poszukiwacze nie potrzebują? Rzeczywiście wygląda to tak, że ja będę się ceregielił – robił dokumentację, wyciągał materiał do analiz (makroszczątki, c14, dendro), sprowadzał geomorfologa, antropologa, paleoekologa i jeszcze Legwana do badań genetycznych, a tuż za moim wykopem te same groby będzie rozpieprzała banda kolesi z saperkami. Jeszcze później okaże się, że jestem głupim leszczem, bo oni w tym samym sezonie przekopali nie 5-8 grobów, tylko 30-40.
No ale czego się spodziewać, skoro wielu archeologów kibicuje takim zmianom? Sam słyszałem na pewnej konferencji szanownego profesora z rodzaju „zapinkologów” i „gadżeciarzy”, który twierdził, że przecież tyle jest fajnych zapinek, a my archeolodzy nie damy rady tego wszystkiego wykopać, więc potrzebujemy wykrywaczowców, żeby nakopali tych zapinek więcej.
Kontrolą legalności rozporządzeń zajmuje się Trybunał Konstytucyjny. Z inicjatywą takiej kontroli mogą jednak wystąpić tylko określone podmioty i nie ma wśród nich stowarzyszeń, ale sa np. ogólnokrajowe władze organizacji zawodowych. Jest jeszcze coś takiego jak skarga konstytucyjna, z którą może wystąpić każdy, ale tylko gdy naruszono jego prawa i wolności. Szczegóły tutaj: http://www.trybunal.gov.pl/index2.htm (w części zatytułowanej Inicjatywa kontroli) oraz tutaj http://www.trybunal.gov.pl/index2.htm
Rozporządzenie będzie obowiązywało w trakcie rozpatrywania sprawy. Dopóki TK nie orzeknie, że jest niezgodne z wyższymi aktami normatywnymi, dopóty jest w pełni obowiązującym aktem.
Dzięki,
Wczytałem się uważnie w ustawę.
Art. 37. 1. Minister właściwy do spraw kultury i ochrony dziedzictwa narodowego określi, w drodze rozporządzenia:
1) tryb i sposób wydawania pozwoleń na prowadzenie prac konserwatorskich, restauratorskich, robót budowlanych oraz badań konserwatorskich i architektonicznych, a także innych działań, o których mowa w art. 36 ust. 1 pkt 6-12, przy zabytku wpisanym do rejestru oraz badań archeologicznych;
(poszukiwania zabytków zawierają się w art. 36 ust. 1 pkt 12).
Zatem jest to delegacja, że w przypadku zabytków wpisanych do rejestru tryb wydania pozwolenia na poszukiwania określa rozporządzenie, nie mniej ani treść art. 37.1 ani treść rozporządzenia nie znosi obowiązku uzyskania pozwolenia na poszukiwania zabytków, które zostało określone w art. 36 ust. 1 pkt 12.
Art. 36. 1. Pozwolenia wojewódzkiego konserwatora zabytków wymaga:
12) poszukiwanie ukrytych lub porzuconych zabytków ruchomych, w tym zabytków archeologicznych, przy użyciu wszelkiego rodzaju urządzeń elektronicznych i technicznych oraz sprzętu do nurkowania.
Nie określono ani rodzaju zabytku nieruchomego którego takie pozwolenie miałoby dotyczyć, ani nie wskazano obszaru – dotyczy całego terytorium RP.
Poszukiwania wymagają pozwolenia mają być wydawane, ale poza trybem który reguluje rozporządzenie dla podobnych pozwoleń przy zabytku wpisanym do rejestru – tak mi to wygląda.
Jeśli nikt nie zmieni ustawy – niczego nie zmieni. Niezależnie należałoby od MKiDN uzyskać interpretację prawną w zakresie trybu udzielania pozwoleń dla zabytków i terenów niebędących zabytkami wpisanymi do rejestru zabytków.